Brudne siedzenia, smród i ścisk, w którym pasażerowie muszą walczyć o wyjście na właściwym przystanku – tak wygląda codzienność na linii 42 w newralgicznych godzinach. Rozkład jazdy a przede wszystkim tabor to jakiś żart — konstatują pasażerowie.
Logistyczny absurd na linii 42.
ZKKM plasuje się w niechlubnej czołówce najdroższych przewoźników w Małopolsce. Drożej jest tylko pod Tatrami. Niestety, w ślad za cenami nie idzie jakość. Pasażerowie linii 42 alarmują, że w godzinach szczytu na trasę wyjeżdżają małe autobusy, a podróż przypomina walkę o przetrwanie. Czy ktoś tam w ogóle analizuje potoki pasażerskie – pytają.
Pasażerowie nie owijają w bawełnę – zarządzanie taborem to ich zdaniem żart. Główny zarzut? Zdaniem pasażerów to brak kompetencji osób odpowiedzialnych za siatkę połączeń. Trudno racjonalnie wyjaśnić sytuację, w której w newralgicznych godzinach, gdy młodzież wraca ze szkół, a seniorzy z zakupów, na trasę wysyłany jest mały autobus. Efekt jest łatwy do przewidzenia.
Typowy dzień powszedni, godzina 12:45. Autobus rusza z Płoki Centrum w stronę Bolęcina. Już na przystanku w Trzebini – Kościół Piłsudskiego. Pojazd jest w 85 proc. zapełniony, głównie seniorami. Prawdziwy potok ludzi. Zaczyna się jednak chwilę później. Na Małym Rynku do środka wlewa się chmara młodzieży. W środku robi się duszno i ciasno. Kolejni pasażerowie dopychają się przy dworcu PKP. – To jest magia – ironizują pasażerowie. – Ludzie są upchani niczym śledzie w puszce. Czasem drzwi ledwo się domykają.
„Przepraszam” nie zawsze działa.
Jeszcze gorzej wygląda kurs powrotny. Po zabraniu pasażerów spod Szpitala i Kasztelanii, autobus zamienia się w hermetycznie zamkniętą puszkę. Na przystanku przy Trzebińskiej ludzie są tak stłoczeni, że drzwi ledwo się domykają, a wchodzą następni. Dla wielu to jedyna szansa na powrót, bowiem kolejny autobus odjeżdża dopiero ponad 1,5 godziny później.
Sytuacja jest na tyle dziwna, że dochodzi do absurdów. Pasażerowie, którzy wsiedli wcześniej, często wysiadają już na Małym Rynku – znacznie wcześniej niż planowali – tylko po to, by uniknąć dalszej jazdy w nieludzkim ścisku do Myślachowic. Wyjście z autobusu to walka wręcz – przepraszam nie zawsze działa, trzeba krzyczeć i rozpychać się łokciami między uczniami a wózkami z zakupami słyszę od pasażerów. Pasażerowie głośno pytają – kto układa te rozkłady i dlaczego decydenci skazują nas na takie upokorzenie?
Wymagamy minimum przyzwoitości.
Pasażerowie są rozżaleni. Ruch pasażerski nie ma jak się rozłożyć ze względu na zbyt małą siatkę połączeń. – Mam wrażenie, że nikt w Związku nie analizuje faktycznych potrzeb mieszkańców – mówią wprost podróżni. Za tak wygórowaną cenę biletu mieszkańcy nie oczekują luksusów, ale podstawowej higieny. Tymczasem w autobusach jest brudno, duszno, a tapicerka wymaga natychmiastowego prania. Zanim ZKKM wyda kolejne pieniądze na PR-owe zagrywki, powinien zainwestować w odkurzacz i większy autobus na linii 42 – pisze do nas jeden z pasażerów, sygnalizujący o sytuacji na tej linii.
Płacimy jak w Krakowie.
Gorycz pasażerów potęguje fakt, że za te wątpliwe atrakcje słono płacą. ZKKM to obecnie drugi najdroższy system komunikacji w Małopolsce, drożej jest tylko w turystycznym Zakopanem gdzie podstawowy bilet kosztuje 6 złotych. Jest to cena bardzo wysoka jak na warunki komunikacji w miastach powiatowych, gdzie średnia oscyluje wokół 4,00–5,00 zł za przejazd międzygminny. Jedynym pocieszeniem pozostaje tani bilet dzienny za 10 zł.
Ciekawe, kto zarządza tym przedsiębiorstwem?