Łączy ich nie tylko branża, ale regularna walka z ludzkim syfem. Właściciele Starego Młyna, Fanaberii i Puchatka mierzą się z plagą toaletowych turystów. To ludzie, którzy do lokalu wchodzą z pola jak do siebie, nie zamawiają nic, za to zostawiają po sobie obraz nędzy i rozpaczy. Kiedyś problem marginalny, teraz nabiera na sile.
Zasada jest prosta: wchodzą z pola, często bez dzień dobry, nie patrząc na obsługę, kierują się prosto do celu. Nie zostawiają w lokalu ani złotówki, za to po ich wyjściu personel musi zakładać maski i gumowe rękawice. – Świnie, nie ludzie – ucina krótko jeden ze stałych klientów, który niejednokrotnie musiał czekać, aż obsługa doprowadzi toaletę do stanu używalności po takim gościu. – Młode chłopy czy stara baba – nie ma reguły. Syf zostawiają taki sam – dodaje.
Restauratorzy, pracownicy a także klienci tracą cierpliwość. Problemem nie jest samo skorzystanie z łazienki, ale absolutny brak kultury, higieny i poszanowania czyjejś własności. Począwszy od niepostprzątanej kabinie po zmianie podpaski, która później wygląda jak po świniobiciu, niespłukane i rozmazane na desce odchody, po podmywające się cyganki w umywalce. Skala zjawiska jest porażająca i powtarza się coraz częściej.
– Ludzie czują się bezkarnie, jakby to im się po prostu należało – skarżą się pracownicy i właściciele. W centrum miast problem jest najbardziej widoczny. Paradoks polega na tym, że w pobliżu Starego Młyna czy Rynku znajdują się czyste i darmowe toalety publiczne na parkingu poziomowym za urzedem miasta w Trzebini. Ale turysta kałowy woli wejść do knajpy, narobić i wyjść bez słowa.
Dla właścicieli to realne straty. Toaleta w restauracji to koszt: woda, środki czystości, praca personelu. Do tego dochodzą kradzieże bowiem znikają nie tylko rolki papieru, ale całe podajniki, uchwyty, a nawet żarówki. Przy wzmożonym ruchu w lokalu, kiedy personel dwoi się i troi, by obsłużyć płacących gości, ciągłe kontrolowanie i szorowanie kibli po kałowych turystach staje się niemożliwe, a przynajmniej reakcja jest mocno opóźniona.
Lokale zaczynają się bronić. Klucze u obsługi, czy opłaty dla osób z zewnątrz to już nie złośliwość, a konieczność. Choć na drzwiach wiszą tabliczki są one masowo ignorowane. Każda próba wyproszenia takiej osoby kończy się agresją i konfliktem. Czas skończyć z tą toaletową partyzantką bo restauracja to biznes, a nie publiczny szalet dla ludzi, którzy kulturę zostawili dawno temu na polu.
Ambitne dziennikarstwo o najwyższym kunszcie – uwielbiam czytać Pana felietony